Samą książkę przeczytałem kilka razy, ale jakoś nie pamiętam, żebym kiedykolwiek słuchał audiobooka, przynajmniej nie po polsku, bo po niemiecku chyba jednak tak.

Przez ostatni tydzień chodziłem mocno niewyspany, bo książki słuchałem do podusi i bynajmniej nie zasypiałem przy niej.

Audiobook reklamowany jest jako superprodukcja, gdzie czyta Krystyna Czubówna i sam Olbrychski.

Jak Usłyszałem tę reklamę, to...

Страна багровых туч

 Na książkę braci Strugackich "W Krainie Purpurowych Obłoków" trafiłem właściwie przypadkiem. Ot, obejrzałem właśnie "Przenicowany świat" na podstawie ich powieści, a chwilę potem przeczytałem "Matkę Diabła", gdzie Suworow wspomina o atmosferze, jaka panowała przed wydaniem "W Krainie Purpurowych Obłoków", wspomniał o tym tak, jakby całe ZSRR wprost na tę książkę czekało. A z tyłu głowy pozostało, co na forach piszą ludzie o braciach Strugackich, zwłaszcza zaś wpisy, które porównywały ich do Stanisława Lema.

Lem? To musi być dobre. Lem to twarde SCI FI. Lem to wreszcie wizjoner, który zanim chwytał za pióro, w głowie miał teorię, którą w swojej książce chciał zobrazować. Przykładem niech będzie "Niezwyciężony", gdzie w ciekawą akcję wplótł swoją teorię, że to niekoniecznie człowiek jest ukoronowaniem ewolucji.

No więc jak to jest z tą "Krainą Purpurowych Obłoków"?

W internecie nie brakuje wpisów na ten temat. Lekturę "O pierwszej powieści braci Strugackich - Fahrenheit" polecam szczególnie, bo ukazuje książkę w kontekście Socrealizmu.

Oczywiście książkę czytałem i raziły mnie w niej odniesienia do militarnego komunizmu, ale w kontekście Socrealizmu jakoś o niej nie pomyślałem. Błąd! Tekst na Fahrenheit otwiera oczy!

Za wikipedią:

"Treść książki

Tytułową krainą purpurowych obłoków jest planeta Wenus, na którą dotychczas nie udało się pomyślnie wysłać ekspedycji badawczej. Sześcioosobowy zespół, dowodzony przez Anatola Borysowicza Jermakowa, ma podjąć kolejną próbę. Wyruszają na pokładzie eksperymentalnej rakiety fotonowej Hius. Ich ekspedycja ma trzy cele - przetestowanie samego statku kosmicznego, wylądowanie w pobliżu rejonu zwanego Uranową Golkonadą - obszaru bogatego w złoża rud radioaktywnych i przeprowadzenie badań geologicznych, oraz wyznaczenie na Wenus lądowiska, poprzez instalację na powierzchni planety trzech radiolatarni, otwierając tym samym drogę dla kolejnych wypraw."

W sieci na pewno znajdzie się barwniejsze streszczenie. Chciałbym nie tyle streścić, czy zrecenzować tę książkę, co napisać o moim wrażeniu:

Co ma Słoneczny Krąg do braci Strugackich? Piosenkę tę znało chyba każde dziecko wychowane w komunizmie. W pewnym momencie jej tekst mówi:

"Drogi przyjacielu, ludzie tak pragną pokoju..."

Najważniejszym towarem eksportowym ZSRR był właśnie pokój. Czasem walka o pokój wymagała czołgów, rakiet, broni jądrowej, ale cóż... Jak walczyć o pokój, skoro ta druga strona też ma rakiety?

Drugim towarem eksportowym ZSRR było KGB. To oni wyhodowali pokolenie 68, które obecnie zmienia Zachodnią Europę w kolejny Arabistan - holocaust dla białej rasy za jakiś czas.

Oczywiście Strugaccy w swojej powieści pisali o ludziach pracy, o ludziach czynu, o ludziach, a ludzie przecież tak bardzo chcą pokoju.

Pokój? Gdyby dobrze się wczytać, to pustynny pojazd Bykowa to zwykły czołg. No może nie taki zwykły - dobry czołg.

Oglądałem swego czasu "Planetę Burz" Kłuszancewa. Jaki był mój szok, gdy roślina napada na radzieckiego kosmonautę. Na ratunek rzuca się drugi z pistoletem w ręku.

U Strugackich nie inaczej. Załoga Hiusa praktycznie zaraz po lądowaniu wali z awtamataw we wszystko, co się rusza. Ot ruskij mir.

Od ponad roku na Ukrainie mamy wojnę, umierają ludzie. I pewnym stopniu "W Krainie Purpurowych Obłoków" znowu staje się ciekawa i pouczająca.

A tak nawiasem mówiąc - nie jest to LEM, jednak nie ten poziom, nawet gdyby porównać jego równie socrealistyczne wytwory młodości...

P.S. A trzeci towar eksportowy? Obłuda?

w budowie

Przenicowany Swiat nakręcono w 2008. Ja trafiłem na ten film zupełnie przypadkiem w wersji online myszkując po kategorii SCIFI. Po prostu na taki film miałem ochotę. W ZSRR nie ceniono za bardzo horrorów. Klasykiem jest Wij, a za nim... nic. W PRL powstało może 5 filmów wartych obejrzenia. SCIFI nie wygląda dużo lepiej, choć w przypadku ZSRR dwa filmy określane bywają jakie arcydzieła. Jeden z nich to SOLARIS Tarkowskiego, a drugi to STALKER, również Tarkowskiego. Niestety tylko jeden z nich to twarde SF, takie jakie lubię najbardziej. Minęło wiele lat. Rosjanie nakręcili w międzyczasie kilka interesujących filmów - Nocna Straż, dzienna Straż, w których co by nie mówić, wampircziki występują i to w nieznanym dla człowieka zachodu wydaniu. "Czarna Błyskawca" to taki ruski Batman. Jak na mój gust niczym nie ustępuje Hollywood, a ma w sobie pewną świeżość. Rosjan bowiem nie znamy i nie rozumiemy. Przenicowany Swiat... po obejrzeniu mam pewne wątpliwości, czy jest to twarde SF. Na pewno jest wizja totalitarnego świata gdzieś w przyszłości i przestrzeni. Rakiet i kosmonautów w tym filmie raczej nie doświadczymy. Na pewno jest w tym coś z Matriksu. Mamy tu totalną kontrolę nad jednostką i to w formie, którą uważam za jak najbardziej możliwą. W sensie socjologicznym Przenicowany Swiat to jednak jest twarde SF. Nie ma tu tylko zabawek, które kocham.

----------------

03.09.2015 - obiecałem sobie kiedyś napisać tu więcej. Tuż po obejrzeniu Przenicowanego Swiata, w ręce wpadła mi książka Suworowa, gdzie wspomina on, jak to w epoce Chruszczowa na rynek wyszła wyczekiwana książka braci Strugackich pod romantycznym tytułem: W Krainie Purpurowych Obłoków. Zachęcony Przenicowanym Swiatem i entuzjazmem Suworowa po prostu musiałem przeczytać i tak moja obietnica poszła w niebyt.

 

w budowie

Minęło już sporo czasu, kiedy ostatni raz oglądałem Planetę Burz Kłuszancewa, film który mimo technicznych mankamentów, wieku i kraju pochodzenia przypadł mi do gustu.

Oczywiście zajrzałem na Wikipedię. robię to za każdym razem, gdy aplikuję sobie dawkę sowieckiego kina. I co tam zobaczyłem? A no że Amerykanie Planetę Burz pocięli i zrobili z niej  Voyage to the prehistoric Planet aby dostosować film do oczekiwań amerykańskiego widza.

Amerykański widz? Kto to taki? Gdzieś wyczytałem, że to to pryszczaty murzyn, który nigdy nie przeczytał żadnej książki, ma 16 lat i konsolę XBOX. Wykształcenie podstawowe, żadnych widoków na zatrudnienie.

Od razu wyobraziłem sobie, jak potwornej dewastacji na "Planecie Burz" musieli dokonać Amerykanie.

Ale i tak obejrzałem.

Pierwsze co rzuciło się w.... uszy to inna ścieżka dźwiękowa. Bardzo cenię sobie wielu rosyjskich kompozytorów, ale rosyjska muzyka filmowa jakoś do mnie nie przemawia. Amerykańska spodobała mi się bardziej! Być może jest to efekt wychowania na amerykańskich filmach. Cóż... wydaje mi się, że Amerykanom bardziej udało się budować nastrój filmu. U Rosjan muzyka jest jakby dodatkiem, ale nie uczestniczy w budowaniu emocji. Voyage to film niskobudżetowy, ale i tak z nastrojem jest tu lepiej niż u Rosjan.

 

W amerykańskiej wersji nie zobaczymy pani z prawej strony, która swoją wrażliwością zniszczyła karierę Kłuszancewa - radziecka kobieta nie płacze! Zastąpiła ją pani z lewej strony - starannie wyfryzowana.

Początkowo myślałem, że to właśnie uroda radzieckiej aktorki nie przypadła amerykanom do gustu. Po obejrzeniu obu filmów, mam wrażenie, że amerykanom chodziło o nadanie filmowi większego dramatyzmu i wycięcie przynajmniej jednej sceny.

Akcja

Na Wenus lecą trzy radzieckie statki kosmiczne - Syriusz, Wega i Kapella . Można się tylko domyślać dlaczego statki są aż trzy. . Jeden z nich zostaje zniszczony przez meteoryt. Pozostają dwa, które wciąż mogą dokonać eksploracji Wenus, ale nie ma już marginesu błędu. Tylko jeden statek może wylądować. Być może chodzi o zużycie paliwa - start z powierzchni Wenus zużyje je całe i nie będzie można polecieć na ziemię. Jeden statek musi więc zostać. Naukowcy nie są szaleni. Na Wenus ląduje najpierw  mały statek zwiadowczy, a dopiero gdy ten nie odpowiada, załoga wenusjańskiej ekspedycji decyduje się na lądowanie statkiem właściwym. Ktoś musi jednak zostać - wybór pada na jedyną kobietę biorącą udział w misji.

Tutaj akcja obu filmów rozjeżdża się.

Obie kobiety - w wersji amerykańskiej i rosyjskiej - przeżywają rozterkę. Powinny czekać, ale chciałyby też pomóc załodze statku, który wylądował i napotkał pewne trudności - na przykład atak gigantycznego pterodaktyla na latający automobil. Rosjanka jednak wie, że jej lądowanie oznaczałoby śmierć załogi. Nie mogliby wrócić na ziemię. Może więc tylko czekać, bić się z myślami i nasłuchiwać. Amerykanka przeżywa większe emocje. Nie wie, co ma w zaistniałej sytuacji robić i czeka na instrukcje z ziemi. Bije się z myślami i nawet decyduje się na lądowanie, czego zapowiedź odbiera załoga na Wenus w postacie nagrania na magnetofonie szpulowym. Taśma została wyczerpana i słyszą tylko zapowiedź lądowania, dalszych komunikatów już nie znają. Teraz oni nie wiedzą, czy mogą uznać się za martwych, czy może pozostała iskierka nadziei.

Tymczasem w centrum lotów właściwą decyzję podejmuje profesor Hartmann, którego w rosyjskiej wersji nie ma.

Hartmann to ten starszy pan

 

Rozterki amerykanki przydają filmowi dodatkowej dramaturgii, ale ujmują spójności: Na orbicie jest histeryczka, która nie wie, co ma robić. Aby dodać ten element, amerykanie musieli usunąć oryginalną aktorkę i dodać Hartmanna.

Akcja filmu na tym nie cierpi. Unikamy oglądania ruskiej defilady, gdzie wśród tłumów suną radziecki Wołgi i Czajki. Taką scenę wyobraża sobie rosyjska kosmonautka. Amerykański film tuszuje radzieckie wątki. Kobieca rola w rosyjskiej wersji jest ciekawa, ale nie dramatyczna. Owszem, przeżywa rozterki, ale nie robi niczego głupiego. Jest raczej rzewna niż dramatyczna.

Amerykańska wersja jest odrobinę bardziej efektowna, ale też i odrobinę głupsza. Nie jest jednak totalną masakrą filmu. Główny wątek jest ten sam. Amerykanie zmienili mniej, niż się tego obawiałem.

 

Co to właściwie jest Diabeł Morski?

Film przygodowy, Musical, SciFi? Mnie interesuje ta ostatnia możliwość. W Diable Morskim jest wszystkiego "po trochu", nawet piratów od biedy znajdziemy.

 

Ale SciFi? Ichtyander, główny bohater, to syn naukowca, który wszczepione ma oskrzela i dzięki temu może oddychać pod wodą. Ojciec chciałby więcej ludzi, jak jego syn, chciałby podwodnej republiki, gdzie ludzie mogliby być szczęśliwi, wolni od trosk, które ich nękają na ziemi.

Marzenia mają oczywiście swoją cenę. Zapłacił ją doktor Frankenstein, Nemo... i nasz mówiący po rosyjsku naukowiec również.

I tak mamy w filmie odrobinę SF ze świata techniki, troszkę więcej w aspekcie socjologicznym. Star Trek przecież też mówi o budowie nowego społeczeństwa opartego na nauce, społeczeństwa, które nie zna pieniędzy. Widzę tu pewne podobieństwo, ale na mniejszą skalę u Rosjan.