Właśnie zdobyłem ten gramofon. W zasadzie nie jest to zdobycz nowa. Przeleżał w obcych rękach 30 lat, ale w końcu zamiast pójść na śmietnik, wrócił do domu. I to mi się podoba.

Moje pierwsze doświadczenie jest takie, że... "odpala". Miałem trochę problem z uruchomieniem - pamiętałem z dzieciństwa, że w polskich gramofonach trzeba było odchylić ramię w bok. Tak chyba było w Bambino. G-560fs nie jest konstrukcją jakoś szczególnie wybijającą się na wyżyny techniki. O ile Bambino miał wzmacniacz, to G-560fs go nie ma. Ma wkładkę piezoelektryczną UF50 podłączaną do wzmacniacza zewnętrznego bezpośrednio. W gramofonie nie ma żadnego przedwzmacniacza, nie ma żadnej elektroniki... Ale wkładka UF50 to jednak wkładka STEREO.

Piezoelektryk... mógł się w ciągu tych lat rozpaść. Na pewno nie jest to HiFi. Niemniej G-560fs to znak czasów. Mniej więcej rówieśnik Elisabeth, którą też posiadam. Więcej wkrótce. Nie mam żadnej płyty, którą bym się odważył na nim położyć. Póki co kleję obudowę.

----

Znalazłem ciekawą stronę, w której występuje G-560fs jako zredukowana wersja G-500. Artykuł warty przeczytania, a sam autor z pewnością jest osobą kompetentną. Chciałbym mieć taką wiedzę:

---

10 Jan 2016

Wkładka oczywiście była padnięta. Po rozebraniu okazało się, że w środku nie ma właściwie nic, a spodziewałem się połamanych kryształków. W sieci jakoś nie mogę znaleźć zdjęcia tej wkładki w środku, ale można znaleźć zdjęcie wkładki od Bambino. Ponieważ jest to gramofon monofoniczny, kryształek jest jeden. Z igłą sprzężony jest specjalną gumką. Ja niestety nie widzę w swoim ani gumki ani kryształków piezoelektrycznych.

Odpada zatem wycinanie piezolelektryków z buzzera itd... itp... Mam teraz zagwozdkę, bo wkładka UF70, kompatybilna z UF50, jest dostępna za 86 złotych na allegro, plus koszt wysyłki. Nie ma się jednak co oszukiwać, to są stare wkładki, trzydziestoletnie i więcej. Ryzyko, że kupiona sztuka jest padnięta, albo wkrótce padnie jest spore, Bardziej nęci mnie kupienie wkładki piezoelektrycznej od SANYO. Są ludzie, którzy przerabiają i są też tacy, którzy twierdzą, że to jedyne rozsądne rozwiązanie.

Co powinienem zatem zrobić? Przywrócić gramofon do stanu oryginalnego montując wkładkę UF70, starą i niepewną i cieszyć się, że mam gramofon, najprawdopodobniej niesprawny.

Czy wkładkę nową i mieć możliwość słuchania takich płyt, krótko mówiąc uczynić ten gramofon używalnym, ale już nie w 100% oryginalnym.

Oto jest pytanie.

---

26.01.2016

Kupiłem wkładkę od Sanyo. Oczywiście wygląda zupełnie inaczej niż UF70. Tutaj mała dygresja: zamontowanie wkładki UF70 w miejsce UF50 i tak sprawi, że gramofon nie będzie oryginalny, ale wszystko będzie pasować bez przeróbek. Odpada możliwość odsłuchu płyt szelakowych. Montaż taki to metoda zupełnie bezinwazyjna.

Kupiłem wkładkę od Sanyo, więc bez inwazji jednak się nie obędzie, ale... inwazja będzie odwracalna. Headshell jest odkręcalny, więc można go wsadzić do schowka i trzymać oryginał dla potomnych. Inną sprawą jest to, czy uda mi się samemu przerobić ramię.

Pierwsze problemy uzewnętrzniły się w miarę szybko - ramię po prostu opada na płytę jak worek. Stabilizowane jest sprężyną. Wkładka musi pracować z obciążeniem 4 gramów. Wyda się, że jest sporo większe, na tyle większe, że ramię szoruje po płycie, a igła pod naporem chowa się do środka wkładki. Jest ona niestety bardzo wiotka. Wydaje mi się, że powinna być sporo sztywniejsza. Montując nową wkładkę nie będę mógł się wzorować na starej.

Muszę wymyślić jaką wagę. Sprawa się komplikuje.

---

3 feb 2016

Wymontowałem oryginalny headshell. Idzie oszaleć. Wygląda na to, że igła w oryginalnej wkładce pracowała pod pewnym kątem, a wszędzie czytam, że powinno być 90 stopni. W całość by się to układało tylko wtedy, gdyby ramię było zawieszone zbyt wysoko.  Tyle, że ja nie wiem, jak powinno być w tym modelu.

---

9 feb 2016

Praktycznie zrobiłem nowy headshell z jakiegoś piankowatego materiału, usztywniony klejem, który stanowi sztywne oparcie dla pinów. W założeniu wkładka ma być wymienna. Mam tu pewien problem, bo nigdzie nie spotkałem się z wytłumionym headshellem. Ponieważ użyłem sztywnej, ale i tak bardziej elastycznej niż plastik pianki, nie wiem, czy tak może być. Pewnie jeszcze ją usztywnię doklejając sztywną folię po bokach. Na razie nie wygląda to pięknie, ale próbuję stworzyć funkcjonalny model. Kolejny problem: przykręcić headshell, czy go przykleić. To drugie odciąży ramię. Na jakiej wysokości zawiesić igłę? W planie mam podobną wysokość jak w oryginalnej UF50 i kalibrację przez obniżenie całego ramienia, tak by igła nacierała na płytę pod kątem 90. Ograniczona regulacja tego ramienia wydaje się możliwa. Obniżenie ramienia poprawi właściwości sprężyny. Teraz jest tak, że sprężyna działa wzdłuż ramienia, czyli ramię tłumi jej sprężystość. Sprężyna pod pewnym kątem do ramienia będzie musiała działać.

---

Przyklejone. Odważyłem się położyć na talerzu dwie bardzo zdezelowane płyty. Gra to, ale brakuje basów, jest lekki przydźwięk, zwiększa się, kiedy płyta dotyka talerza - wibracje z silnika przenoszone są na igłę. Ciekawe, że na kolumnach brzmienie jest całkiem ok, ale na słuchawkach jest słabo. Mam wrażenie, jakby nie było bazy. Miernik pokazuje, że jest kontakt mas.

Tutaj należy się pewne wyjaśnienie: Po co ja to robię?

Gdyby wejść na jakiekolwiek forum, to zaraz okaże się, że wartość użytkowa gramofonu z wkładką piezoelektryczną jest żadna.

Dla UF50 nacisk igły powinien wynosić  5 gram. Kupiona przez mnie wkładka wymaga 4 gram. Konstrukcje pożądane zadowalają się naciskiem 1-2 gram i nigdy nie są to wkładki piezoelektryczne.

Wniosek? Ten sprzęt idzie na śmietnik, albo jest eksponatem ściśle muzealnym.

A mnie interesują dwie rzeczy:

  1. Jak to ongiś grało?
  2. Jak skazanym na śmierć gramofonom przywrócić życie, zwłaszcza tym starszym od W500, gdzie wkładki są już nie do kupienia. Można założyć, że na takich gramofonach da się posłuchać starej pocztówki dźwiękowej, czy innego "dezelanta", którego bałbym się położyć na moim Technicsie.  

 

Gramofon trzyma obroty. Nie wiem, na ile jest wyważony. Mój amatorski headshell jest lżejszy niż oryginał, a punkt ciężkości trochę dalej od igły, więc i nacisk jest mniejszy.

---

30.09.2018

Włączasz kasetę sprzed lat. Włączasz Tunatic, a ten nic nie rozpoznaje?

Próbowałem dochodzić dlaczego i myślę, że wiem.

Tunatic działa w oparciu o analizę widma częstotliwości. Przy dźwięku z radia częstotliwość jest zawsze taka jak na płycie. Po drodze nie ma nic, co mogło by ją zmienić. Inaczej z magnetofonem. Na pewno widziałeś zabawę z podkręcaniem silnika. Wysokie obroty oznaczają cienki głosik. Powolne obroty, głos wyraźnie skręca w stronę basu.

Taśma w magnetofonie powinna przesuwać się z prędkością 4,76 cm/s. Tyle teoria!

Jeżeli nagrasz taśmę z inną prędkością, nic złego się nie stanie, o ile odtworzysz ją na tym samym sprzęcie. Jeśli jednak będzie to inny sprzęt, w międzyczasie wymieniłeś w magnetofonie silnik, albo choćby rozregulowałeś mechanizm... to kalapita!

Taśma przesuwa się z niewłaściwą prędkością i widmo jest inne.

Co do silników Unitry dochodzi jeszcze to, że lubiły pływać. Nie w każdym sprzęcie tak samo, ale na przykład w tym od ZRK nagminnie. Czasami  takie pływanie da się wyraźnie usłyszeć. Jeśli magnetofon pływał podczas nagrywania, to Tunatic nie da rady, jeśli podczas nagrywania i odtwarzania tym bardziej!

Jeśli jednak dźwięk nie pływa, to mamy jeszcze jedną deskę ratunku. Ja użyłem dyktafonu z regulacją obrotów. Zupełnie na ucho poustawiałem właściwe obroty i nagle Tunatic zaczął rozpoznawać, czego przedtem nie znał.

Po latach widzę, że obroty mojego M3016 potrafiły zmieniać się z piosenki na piosenkę. Na ucho nie jest to wyczuwalne - po prostu przyzwyczajamy się. Dla Tunatica jest to jednak kolosalna różnica. Wychodzi szydło z worka!

SMASUNG SOLID

Te plamki na ostatnim zdjęciu na brzegach wyświetlacza to źle przylegająca folia maskownicy. Oryginalny wyświetlacz jest o niebo solidniejszy - nie ma tam żadnej folii, a szybka po prostu jest barwiona w dwóch kolorach.

Do klejenia użyłem kleju sylikonowego - niestety białego... co troszeczkę widać. Szybka zastępcza montowana miała być w zamierzeniu producenta przez dwustronną taśmę 3M. W moim przypadku dolna taśma była uszkodzona i musiałem ją zerwać. Jeśli możesz, nie kupuj takiej! Lepiej kupić cały przedni panel, jeśli telefon ma być naprawdę SOLID. Kolejna wada to właśnie folia maskująca: leży ona między obudową telefonu, a plastikową szybką. Czyli telefon będzie tak SOLID, jak ta folia.

Powyżej są fotki dla tych, którzy nie wiedzą, jak zabrać się za rozbieranie SOLIDa.

Kilka słów wkrótce...

 

 

 

Na obrazku widać, że tuner działa. Od właściciela nie mam żadnych sygnałów, ale tak prawdę mówiąc, to nie jestem pewny, czy go naprawiłem.

Objaw: Nie włącza się. Po odłączeniu od instalacji reaguje na przycisk Power, pozwala przełączać kanały póki nie podłączy się anteny.

Rozebrałem dziada. Osobiście zerwałem plomby i zobaczyłem, o czym właśnie chciałem napisać.

Dokładne oględziny modułu zasilacza pozwoliły stwierdzić, że płytka jest pęknięta. Nic trudnego pomyślałem. Wykręciłem moduł, obejrzałem go od spodu... pęknięta, a i owszem, ale... producent zalał, co trzeba cyną i oddał sprzęt do sprzedaży. Nie jest to za bardzo profesjonalne i samo w sobie świadczy o tunerze.

Cóż... wszystko zalane cyną . Przejścia są! Nie udało mi się znaleźć żadnej usterki. Niektóre punkty lutownicze miały w sobie mikroskopijne pierścienie, które mogły wskazywać na fenomen zwany zimnym lutem. Pomierzyłem wszystko, ale pomiary nie wykazały przerw. mimo wszystko poprawiłem lutowanie, aż mi się grot spalił. Zrezygnowany - nie znalazłem przecież usterki, poskładałem sprzęt, żeby zobaczyć, czy chociaż DVB-T zadziała. Podłączyłem do TV... i widzę komunikat a la:

Tuner odzyskał sprawność po ciężkiej awarii...

Podłączam antenę sat... tuner włącza się, a niekodowane kanały działają.... co ciekawe tuner działa wyraźnie szybciej niż tuner od cyfry z dyskiem. Jest dość  żwawy w porównaniu z tym, co dostają abonenci nc+. Tylko dlaczego taka "siara" w środku?

Pisząc o Elektronostalgii mam zwykle na myśli produkty Unitry, Jest jednak takie urządzenie, które wymyślono w dalekiej Korei Południowej, a mimo to budzi ono we mnie uczucie tęsknoty:

SVX-504

Video! Któż nie marzył o nim w późnych latach osiemdziesiątych? Minęło wiele lat od tamtego czasu. Dziś wiem, że także Unitra produkowała magnetowidy - najpierw szpulowe, potem kasetowe... potem upadła. Muszę przyznać, że w czasach polskiego MTV-10 nawet nie wiedziałem, że w naszym kraju coś takiego się wytwarza.

Zastanawiam się, kiedy zobaczyłem pierwszy magnetowid w życiu? Prawdopodobnie pośrednikiem było kino, ale zupełnie możliwe, że tak naprawdę pierwszy magnetowid pokazał mi Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński, oczywiście za pomocą fal radiowych i telewizora... i programu SONDA, który oglądałem namiętnie.

TVP produkowała wówczas programy, w których sprzęt Audio Video oraz komputery grały główną rolę, rolę bohaterów wielkiego show, które w dodatku miało wówczas wzięcie. Dziś trudno wyobrazić, że program o domowych urządzeniach audio video mógłby mieć większą oglądalność niż opera mydlana. Ale wówczas tak było. Może dlatego, że nie było wyboru, a może dlatego, że poziom ludzi był wówczas wyższy... a może dlatego, że magnetowid, czy odtwarzacz CD mogliśmy obejrzeć tylko w telewizji, przynajmniej większość z nas.

Były jednak w tym morzu beznadziei wysepki, gdzie magnetowid był na wyciągnięcie ręki, w tym sensie, że młody człowiek jak ja, mógł obejrzeć film, gdyby miał szczęście albo naprawdę bardzo chciał.

Tym miejscem nie był szkoła, ale salka katechetyczna! Słyszałem o szczęściarzach, którzy jeszcze przed 85 na lekcjach religii oglądali Ben Hura... Ja niestety do tej grupy nie należałem, ale mój pierwszy osobisty kontakt z magnetowidem również miał miejsce w instytucji duchowej. Spotkaliśmy się w Niższym Seminarium Duchownym w Legnicy, gdzie magnetowid był jednym z istotnych punktów programu.

Nie, nie rzuciłem się na niego, nie oglądałem nawet filmów - trochę z poczucia dumy. Nie jestem buszmenem, który rzuca się na plastik, którego nigdy przedtem nie widział, nie śliniłem się do skrawka zachodu w późnej fazie PRL. Nie pamiętam też, co to był za model. Był rok 86 i czarne pudło jednak utkwiło w mojej pamięci.

Ciekawe, że w żadnej świeckiej instytucji nie widziałem takiego sprzętu. Na temat tego stanu rzeczy niejeden psychopata mógłby snuć domysły - "pada deszcz, bo katolicy to ciemny lud".

Opiszę inną przyczynę: Pewnego dnia trafiłem do liceum elektronicznego. Na stanie naszej szkoły magnetowid jednak był - stacjonował w prywatnym mieszkaniu dyrektora, z czym się zresztą wcale nie krył. W razie potrzeby teoretycznie istniała możliwość wypożyczenia tego sprzętu na zajęcia, co jednak nigdy nie nastąpiło. Mimo wszystko pierwszy film na kasecie VHS zobaczyłem właśnie w Liceum - gdzieś koło 1987. Podejrzewam, że sprzęt do szkoły przywiózł któryś z lepiej sytuowanych kolegów - syn badylarza, jak się wtedy mawiało, albo syn pułkownika WKU.  Ta sama para występuje w tekście, gdzie opisuję mój pierwszy kontakt z Atari, potem Amigą 500. Oglądaliśmy "Lody na Patyku". W naszym ówczesnym mniemaniu był to film prawie porno. Patrzyliśmy na ekran, ale z równym upodobaniem na nauczyciela, który nam towarzyszył.

Magnetowid w sklepie?

Nigdy w życiu nie widziałem polskiego magnetowidu w sklepie! Magnetowidy produkcji "zachodniej" dostępne był w pobliskim sklepie... w Berlinie Zachodnim... były też w sklepach Pewex, gdzie można je było kupić za dolary, a raz w życiu widziałem magnetowid w Legnicy, w sklepie dla górników, gdzie normalny robol mógł sobie kupić sprzęt. Nie wszyscy wiedzą, jak działały takie sklepy, więc wyjaśniam: górnik mógł sobie kupić w takim sklepie deficytowy towar, ale wyłącznie za talony zdobywane za pracę w soboty i niedziele. Nie wystarczyło mieć pieniądze! To musiały być pieniądze zarobione w dni normalnie wolne - także w święta. towar był, ale za bajońskie sumy i właśnie za talony. Video kosztowało majątek! A przecież ludzie mieli też inne potrzeby.

"Panie, nie mam lodówki, a co tu mówić o video...."

I tak jedynym moim źródłem filmów na kasetach VHS był jeden z dwóch kolegów wspomnianych wcześniej. Mieszkał w innym mieście, ale bywało, że jeździłem do niego pociągiem... na film. To był z resztą bardzo sympatyczny człowiek i bez jego sprzętu, też bym go odwiedzał.

Przewrót 1989

Na początku był gigantyczny kryzys, masowe zwolnienia itd... Spod ziemi zaczęły wyrastać bazary, a z nimi z biegiem czasu coraz większa liczba kaset VHS. Polska telewizja to wciąż zaledwie dwa programy, w których niewiele było. Mieszkałem wówczas w Lubinie, gdzie najprawdopodobniej piracko transmitowano sygnał satelitarny Filmnet. Filmy dostępne były tylko po angielsku, ale komu to przeszkadzało? Mi na pewno nie. Ludzie mniej piśmienni mieli swoje bazary, a wkrótce także wypożyczalnie Video. Skoro było takie zatrzęsienie kaset, dostęp do magnetowidów musiał być także.

Na sklepowej wystawie zobaczyłem magnetowid gdzieś w roku 1991. Legnica, mały sklepik z mydłem i powidłem. Cena - jeśli dobrze pamiętam - około 4000.000. Po reformie walutowej byłoby to około 400 zł, ale nie porównujmy tamtych cen z dzisiejszymi. Litr benzyny kosztował koło 2 zł! Myślę, że ta suma odpowiada dzisiaj około 1200 zł  - to są takie obliczenia na węch... proszę nie traktować ich w kategorii dokumentu. Zresztą co do sum też mogę się mylić. Dla Porównania C64 kosztował w tamtych czasach troszkę ponad 200zł, a stacja do niego oscylowała koło 250. Trzeba jeszcze wziąć poprawkę, że nie sposób dziś z pamięci ustalić ram czasowych. Byłem wówczas młodziutkim człowiekiem i czas płynął mi inaczej.

Można było jednak kupić sprzęt w okrojonej wersji - kupić sam odtwarzacz. Odpadała masa elektroniki - programator, tuner, a jeśli był to rzeczywiście tylko odtwarzacz, to i cała elektronika odpowiedzialna za zapis. Cena była sporo niższa!

Kto myśli, że na początku po transformacji, można było kupić magnetowid w każdym sklepie z telewizorami, ten się myli.

Mój pierwszy

Swój pierwszy magnetowid kupiłem w Lubinie w sklepie z pasmanterią. Kosztował ponad 5.000.000zł. Pilot wyglądał ubogo. Na przednim panelu tylko dwa przyciski. Skromnie! Cóż - ale akurat taki był. Kupiliśmy.

W domu okazało się, że Video ma klapkę, a pilota się rozsuwa. Był to najbardziej zaawansowany magnetowid, jaki widziałem w życiu. Pewnie, że istniały lepsze... ale trzeba pamiętać o polskich realiach początku lat 90.

Mój pierwszy to właśnie Samsung SVX-504!