Soon

Przeczytaj też: http://www.filmweb.pl/user/Sidzirodzi/blog/438403-W+ho%C5%82dzie+Star+Trekowi

Niezupełnie się zgadzam z niektórymi tezami autora, ale nie mogę powiedzieć, że tekst nie jest ciekawy, nawet jeśli w kilku miejsca stwierdza, że najważniejszymi sprawami w świecie przyszłości są prawa gejów i lesbijek, oraz sztuka wymuszania ich teraz.

Co by nie mówić... autor potwierdza moją tezę o podwójnym dnie Star Trek.

Postawiłem sobie karkołomne pytanie... Gdyby przeczesać fora, myślę, że wygrałby TNG, ale dla mnie osobiście sprawa nie jest aż tak prosta.

Star Trek TOS

Gdyby ten trailer miał zachęcić do tego filmu, to cóż... Rozpalony do czerwoności buchaj w piżamie i z mydelniczką w ręce raczej by mnie odstręczył. Na szczęście ten krótki film nie oddaje ducha serialu.

Nie wszystko złoto, co się świeci i nie wszystko g.....o, co śmierdzi. Powiedzonko to wskazuje na znany od zawsze fakt, że często odbieramy świat w innych barwach, niż jest on naprawdę. Istotna jest również sama osoba odbiorcy.

Gdyby tak dać małpie dzieła wszystkie Szekspira, to co by powiedziała? "Eee... twarde badziewie, w śmietniku są lepsze rzeczy." Pójdźmy dalej: gdyby żulowi spod wiejskiego sklepu dać dzieła wszystkie Szekspira...

Pozwoliłem sobie na eksperyment myślowy, by udowodnić, że to jakimi widzimy rzeczy, zależy także od tego, kim sami jesteśmy.

W przypadku Star Trek jest to o tyle ważne, że wielu ludzi nie trawi SF, trawi natomiast Fiction, bo dzieła wszystkie Szekspira  to oczywiście Fiction. Ludzie nie trawią za to Science i Startrekowych piżam, bo nie potrafią się identyfikować z czymś, czego nie widzą na ulicy. Może więc ubogi jest nie tyle film, co ten, który patrzy?

Star Trek TOS jest ponadto czymś  więcej niż infantylnym filmem o przygodach w kosmosie! TOS to seria może najbardziej infantylna ze wszystkich wcieleń Star Trek, ale każdemu fanowi znany powinien być fakt, że Star Trek TOS to:

  • Pierwsza Czarna Kobieta wśród elity statku kosmicznego w historii Kina.
  • Japończyk w roli ważnego oficera - 20 lat po zrzuceniu Bomby A na Hiroszimę.
  • Pavel Chekov - facet, który w niemieckiej wersji mówi ze strasznym ruskim akcentem, a w oryginalnej również.

Niech te trzy rzeczy dowodzą, że Star Trek ma wątek edukacyjny, a nie tylko przygodowy. Star Trek wychowuje kolejne pokolenia.

Jest jeszcze jedna warstwa Star Trek: Infantylne historie bywają pretekstem, do zadania sobie pytania, co by było gdyby...

Przykład? Podróże w czasie! Obecnie uważamy, że takie rzeczy są niemożliwe. Wymagałyby nieskończonych pokładów Energii. S. Hawking w Krótkiej Historii Czasu udowadnia nawet, że cofnięcie czasu wcale nie musi oznaczać, że stłuczona filiżanka poskłada się z powrotem do kupy. Możliwe, że człowiek wcale by tego cofnięcia nie zauważył.

Star Trek mimo wszystko na podróży w czasie opiera nie jeden z epizodów. We mnie aż burzy się natura miłośnika fizyki, ale z drugiej strony... Czy Star Trek nie pokazał nam przypadkiem paradoksów związanych z podróżami w czasie? Pokazanie takiego paradoksu, to sprawa jak najbardziej naukowa! Oto w infantylnym filmie odkrywamy S ze skrótu SF.

Można by tę cebulkę obierać bardziej... Ale chcę poświęcić TOS specjalny artykuł. Tutaj cały ten wywód miał służyć tylko porównaniu TOS z innymi seriami Star Trek.

Za co lubię TOS?

Gene Roddeberry chwalony bywa za przedstawienie optymistycznej wizji kosmosu. I rzeczywiście, kosmos w tym filmie to może niekoniecznie bardzo człowiekowi przyjazne miejsce, ale oglądając film widzimy, że nie ma takich trudności, których człowiek nie pokona, nie ma też takich przygód, które mogą go tam minąć, ale nade wszystko widzimy w nim wiarę w szeroko pojęte hasło "Ludzkość". W filmie widzimy także fascynację nauką, kosmosem i ludzkością. Entuzjazm i fascynacja to bardzo dobre strony tego filmu. Kosmos TNG to już znacznie bardziej mroczne miejsce.

Cartoon... Wiele osób stawia TOS zarzut, że jest płytki i dość jednowymiarowy. Płycizną już się zająłem. Film rzeczywiście jest płytszy niż pozostałe wcielenia Star Trek, ale to nieprawda, że nie zadaje pytań natury naukowej, nie próbuje odpowiedzieć na pytania "jak by tam mogło być"

Jednowymiarowość... na myśli mam duchowość bohaterów tego filmu. Jean Luc Picard to postać o wiele bardziej skomplikowana psychologicznie niż James Tiberius Kirk i to praktycznie od pierwszego odcinka. Konstrukcja TOS jest dość prosta. Film przedstawia jaką wizję - na przykład na temat pierwszej dyrektywy, która ma tłumaczyć nam, dlaczego kosmos milczy - i nie rozprasza tej wizji wątkami pobocznymi. Oczywiście oglądając całą serię pewien portret psychologiczny Kirka możemy sobie wymalować. TOS jednak jest czymś w rodzaju ruchomego Komiksu, co ma zalety i wady. Ja sobie tę nieskomplikowaną akcję cenię i patrzę na nią właśnie jak na komiks.

Podsumowując. TOS to pierwszy z seriali pod tytułem Star Trek, film pionierski o walorach także historycznych. Przyznaję mu pierwsze miejsce ex aeqo z serią numer dwa!

Star Trek TNG

W zasadzie... napiszę to bez ogródek i bez żadnego wstępu. Star Trek TNG bije na głowę oryginalną serię. Jest zdecydowanie głębszy, lepszy technicznie, bohaterowie nie są jednowymiarowi. Widać też, że niektóre rzeczy musieli konsultować fizycy. Podnosi też wiele kwestii społecznych - tych dzisiejszych i tych jutrzejszych. I oczywiście jak TOS próbuje nas wychowywać. Użyłem tego słowa już dwa razy, ale pisownię powinienem zmienić. Konieczny byłby cudzysłów.

TNG wychowuje widza w subtelny, inteligentny  i atrakcyjny dla niego sposób. Kiedy oglądałem ten film pierwszy raz, wziąłem to nawet za dobrą monetę. Wydawało mi się, że serial przedstawia, a nie wciska mi alternatywę dla systemu wartości, który wyniosłem z domu. Gdyby przyjrzeć się serialowi uważnie, to z mojej perspektywy propaguje wręcz antywartości. Z perspektywy 20 lat dostrzegam w tym filmie nawet ideologię gender, o której wtedy nawet nikomu się jeszcze nie śniło, zaczynam zauważać jak od lat przerabia nas amerykańskie kino.

Przeczytałem niedawno książkę Iwana Jefremowa "Mgławica Andromedy", gdzie autor przedstwia wizję przyszłego świata idealnego komunizmu, gdzie nie ma już klasycznych rodzin, małżeństw, wierności, a matki chcące pozostać z dzieckiem deportowane są na wyspę Java, co w książce nie jest przedstawione jako kara, ale możliwość wyznawania dawnych wartości.

Swiat Star Trek TNG bardzo mi przypomina wizję Jefremowa! Niestety jest to wizja zdecydowanie lewacka! Oto dlaczego w moim porównaniu TNG nie wygrywa z TOS. Ma niewątpliwe plusy, ale ma też w sobie więcej jadu... i to dobrze zrobionego!

 

Deep Space Nine

Star Trek DS9 zdecydowanie różni się od swoich poprzedników i następców. Każdy Star Trek z tym jednym wyjątkiem opowiada przygody załogi statku kosmicznego, który przemierza Galaktykę wszerz i wzdłuż.

Akcja DS9 dzieje się na stacji kosmicznej.

Film nie cierpi jednak z tego powodu. Oczywiście mamy tutaj wątki edukacyjnej. Szefem na stacji jest na przykład murzyn. To pierwszy taki przypadek, jaki znam. Indoktrynacja nie jest jednak nachalna, wydaje mi się, że jest jej mniej niż w TNG.

W DS9 występuje kilka charyzmatycznych postaci. Moją ulubioną jest Jadzia Dax i chyba nie tylko z powodu urody. Jadzia Dax jest także w moim przypadku bezdennego rozczarowania tym filmem. Nie chcę "spoilerować". Jeżeli oglądałeś ten serial, to być może wiesz, o co chodzi. jeśli go nie widziałeś, a cenisz sobie "Jadzię", to pod koniec filmu przeżyjesz głęboką frustrację.

DS9 dość często odwołuje się do bajorańskiej metafizyki. Ziemianie zgodnie z linią polityczną lewackich elit USA są chyba jak jeden mąż ateistami.

Trzeba przyznać, że film zrobiony jest zręcznie, dość ciekawie pokazuje życie na dalekiej stacji kosmicznej. Nie jest to takie głupie jak na Babilon 5.

DS9 nie jest już tak optymistyczną wizją kosmosu jak TOS czy TNG. Prawdopodobnie producenci chcieli wyciągnąć z filmu więcej pieniędzy. Dlatego w pewnym momencie pokazuje się konflikt zbrojny między Założycielami z Dominium, ich ramieniem zbrojnym Jem'hadar, a kwadrantem alfa, czyli nami. Akcja rzeczywiście zyskuje na dynamice. Te odcinki, muszę przyznać, podobały mi się, ale nie jest to już tak do końca duch Star Trek. Miejsce akcji także oddala nas od dziecięcych marzeniach o podróżach, eksploracji, odkrywaniu nowych świat, gdzie był jeszcze żaden człowiek. DS9 jest w tym kontekście bardziej przyziemne, dlatego w moim rankingu DS9 zajmuje miejsce 2.

A tak przy okazji pozdrowienia dla Odo i Quarka, moich ulubieńców.

Star Trek Voyager

Voyager to film, który próbuje w pewnym sensie powrócić do źródeł. Znów mamy statek kosmiczny, który przemierza galaktykę, ale tym razem nie w poszukiwaniu nowych światów, ale w rozpaczliwej próbie powrotu do domu. Sam pomysł całkiem fajny. Nie przepadam za wszechmocnymi stworami, które klaśnięciem w dłonie potrafią przenieść statek na kraj wszechświata, ale dla eksperymentu myślowego, jestem w stanie się na to zgodzić.

Voyager zawiera kilka naprawdę fajnych odcinków. Ja szczególnie lubię motyw Borg i Seven of Nine i to wcale nie dlatego, że Seven wygląda w swoim stroju po prostu bosko. Podobnie jak Jadzia Dax, jest to postać z charakterem. Jak dla mnie... jedyna postać z charakterem w tym filmie prócz epizodycznej Seski. Właśnie brak charakteru jest największą słabością tego filmu. Wszystko inne "ujdzie".

Tym razem dowódcą statku jest kobieta, novum w świecie Star Trek. Mamy teraz czasy, kiedy kobieta szef nie jest niczym niezwykłym. Niektóre się sprawdzają, niektóre nie... Nie jestem lewakiem, ale w historii ludzkości pełno było sfer, których władanie kobiet nie podlegało dyskusji i wcale nie chodzi o kuchnię - jakby kuchnia była rzeczą nieważną. Z akceptacją kobiety w fotelu kapitańskim nie mam problemu, ale konkretnie ta kobieta to ni pies ni wydra.... Cholera wie co... obojniak wyposażony w dwa rodzaje min i gębę, która zwykle nie wyraża nic. Są odcinki, które tej pani próbują przywrócić kobiecość, ale... może po prostu ta pani jest słabą aktorką.

Prawą ręką Janeway wydaje się być Chekotay, indianin, który kultywuje swe indiańskie tradycje gdzieś w kwadrancie delta. Jest to tak naciągane, że aż śmieszne. Ten były terrorysta z Maquis jest jednocześnie najbardziej politycznie poprawną osobą w całym filmie. Jak Janeway nie za bardzo jest kobietą, tak Chekotay nie za bardzo jest mężczyzną... Obie te figury szkodzą filmowi. Gdyby nie Seska i Seven of Nine nie doliczyłbym się w tym filmie żadnego prawdziwego charakteru. Nawet Klingonka B'elanna Torres jest tak ludzka, jak flaki z olejem. Pierwiastek męski jest w tym filmie definitywnie w odwrocie. Voyager to manifest poprawności politycznej... ale wytrzymałem! Dla mnie Voyager zajmuje miejsce trzecie w rankingu Star Trek. Film da się obejrzeć, a kilka odcinków naprawdę mi się mimo wszystko podobało.

Star Trek Enterprise

Mam pewien problem z przedstawieniem Star Trek Enterprise... Nie obejrzałem żadnego sezonu. Nie byłem w stanie. Jeśli Star Trek Voyager to manifest prawności politycznej, to Star Trek Enterprise jest wulkanem, supernovą, kwazarem... z którego tryska poprawność polityczna  a z nią flaki z olejem. Nawet gęba Archera to masakra. Facet nie ma ni krzty charyzmy...

Gdyby z Filmu wywalić tych wszystkich panów, to nie byłby bardziej nudny. Na uwagę zasługuje chyba tylko T'Pol. Ma w sobie coś ze Spocka w dużo lepszym opakowaniu, choć nawet w tym przypadku nie jestem pewny. O ile Seven of Nine opięta jest w swoim wdzianku do granic możliwości i po prostu bardzo widać, że natura suto ją obdarzyła, to nawet tak ubrana nie wydaje mi się wulgarna, jest po prostu ładna. Z T'Pol nie mam pewności, czy producenci nie przesadzili. Kobietą jest za to Hoshi, jedyna osoba w tym filmie, która ma płeć. Przecież Archer nie jest mężczyzną...

Ale... o czym ja tu piszę? Przecież Star Trek Enterprise to może Enterprise, ale nie Star Trek. Z klimatu starych serii nie widzę tu nic, widzę za to kosmos, który nie ma prawa istnieć, jeśli panują w nim prawa fizyki, jakie znam. Tyle w temacie.

---

W końcu zostałem zmuszony do obejrzenia Enterprise. Na jakimś forum przeczytałem, że masakrycznie słaby jest pierwszy sezon, potem jest już lepiej. Chyba zgodzę się z tą tezą. Film dostarcza więcej rozrywki. Mimo poważnych błędów logicznych pewnie najlepszą częścią jest epizod wojny z Xindi.

Enterprise staje niestety w poprzek w stosunku do innych części Star Trek - zwyczajnie zmienia historię wszechświata. TOS mówi nam, kto pierwszy spotkał Romulan, TNG zdradza nam, że to Q wyrzucając Enterprise głęboko w kwadrant Delta konfrontuje nas z cywilizacją Borg. Borg przedtem o kwadrancie Alpha nie wiedzieli... Niektórzy tłumaczą sobie, że gniazd Borg mogło być więcej, ale jak dla mnie jest to naciągane. Film jest po prostu niespójny, chwilami kompletnie nielogiczny. To wszystko da się przeżyć, gdyby nie Scott Bakula. Jego uzębienie przeczy prawom fizyki, gęba jest tak nudna jak lektura szarego papieru toaletowego. chwilami wolałbym gryźć mydło zamiast gapić się na tę facjatę. W dodatku grana przez niego postać to kompletny głupek - bohaterski zbawca galaktyki - J. Archer.

Hoshi? Miałem trochę nosa. Babka miała potencjał - zmarnowany.

Soon

The First Contact... Gdyby nie Wikipedia, to bym sobie dał rękę uciąć, że był to rok 1986. No i czym ja bym teraz pisał? Był to oczywiście rok 1987. Niby zaledwie rok później, ale  wtedy inaczej czas liczyłem.

1987, schyłek PRL, czasy bardzo smutne, choć niewątpliwie lepsze niż te za życia Stalina i jego terroru. Kiedy dzisiaj patrzę na różne fora internetowe, ze zdumienia przecieram oczy... Wygląda, że fora przepełnione są falą stetryczałych sklerotyków.

Te czasy naprawdę były smutne! Zostawmy politykę z boku... zwyczajnie włączmy telewizor! W 1987 mieliśmy już kilka rzeczy, których dziesięć lat wcześniej jeszcze nie było. Telewizję lat siedemdziesiątych pamiętam jak przez mgłę. Gdyby włączyć rano telewizor, można by obejrzeć obraz kontrolny, potem Telewizyjne Technikum Rolnicze, potem znowu obraz kontrolny... i tak mniej więcej do 17, kiedy zaczynał się blok programów dla dzieci - codziennie inny. Jeśli pamiętam, to w poniedziałki był Zwierzyniec - program, jak sama nazwa wskazuje o zwierzętach, a w nim perełka - amerykańska kreskówka Miś Yogi. W piątek był to Pankracy, a w nim znowu kreskówka - Ferdynand Wspaniały? Minęło tak wiele czasu, że nie pamiętam. Potem? Potem było coś dla dzieci zupełnie niestrawnego... raz w tygodniu leciała SONDA Kamińskiego i Kurka - na ten program czekałem cały tydzień, a najbardziej na odcinki o kosmosie, sprzęcie HiFi, komputerach. O 19 mieliśmy bajkę dla dzieci - znów inną w każdy dzień tygodnia. Po bajce był jakiś program dla młodzieży socjalistycznej. Dla mnie zupełnie niestrawny, a potem dziennik, z którego pamiętam Gierka. Potem był film fabularny. W poniedziałki był to teatr telewizji - chyba w poniedziałki. Dzień zmarnowany! Dzisiaj inaczej na to patrzę. W czwartki leciała Kobra - Teatr Sensacji. Pamiętam niektóre spektakle do dziś. W jeden dzień tygodnia leciał film amerykański, na przykład "Kojak", albo "Zycie dla Bogaczy". W pozostałe dni film radziecki, polski, czeski - czasem francuski psychologiczny. Mój telewizor odbierał tylko jeden z dwóch nadawanych wówczas kanałów.

Miałem tu pisać o Star Trek, a wyszło o telewizji lat siedemdziesiątych. Ale to nie przypadek. Chciałem napisać o percepcji ówczesnego widza. Powyższe opisuje z grubsza dzień powszedni. W sobotę hitem było Studio 2, a w nim zdarzały się filmy SF: "Planeta Małp", Kosmos 1999... dla mnie prawdziwe objawienie - tym bardziej, że przez długie lata akurat dwójki nie mogłem oglądać, bo mój telewizor nie odbierał pasma UHF.

Tak więc z dzieciństwa pamiętam dwa, trzy seriale o tematyce SF. Z braku laku oglądałem nawet "Swinie w Kosmosie" - Muppet Show, a moją ulubioną bajką był miś Coralgol w Kosmosie.

W 1987 troszkę się zmieniło. Rano nadawano domowe przedszkole, a po nim przygody młodego Sherlocka Holmesa. Oglądałem to codziennie na warsztatach szkolnych, gdzie przez 4 lata nie robiliśmy praktycznie nic z powodu braku części. Postawili nam za to telewizor, bo bez niego chłopcy zwyczajnie wariowali. Ja starałem się trafić do kompanii karnej, gdzie dostawałem grabie i mogłem grabić liście...

Zmieniło się, ale wcale nie aż tak bardzo. ot troszkę więcej filmów - Sekscesy z Broniarkiem, w nocy nawet kilka horrorów udało mi się obejrzeć. Do samego końca komuny nadawano tylko dwa kanały. Program nie był całodobowy, a filmy fabularne zajmowały w nim tylko ułamek czasu. Ten ułamek z czasem rósł.

Myślę, że ten wstęp wystarczy, żeby wyobrazić sobie, jak bardzo byliśmy spragnieni kina, a kina SF szczególnie, bo tak wtedy jak dziś ten gatunek filmowy uważany jest przez wielu za coś gorszego, niepoważnego...

"W 1987 troszkę się zmieniło" - powstał Star Trek the Next Generation. Mój pierwszy kontakt z tym filmem zawdzięczam grubemu kalendarzowi, takiemu z którego wyrywało się kartki. Na odwrocie jednej ze stron były czasem różne mądrości, ciekawostki, czasem przepisy kulinarne. Mój dziadek do końca życia takie kalendarze mocno sobie cenił. I właśnie na takiej stronie zobaczyłem obrazek z załogą Enterprise. Zupełnie nie wiem, dlaczego to zapamiętałem.

Star Trek TNG pierwszy raz w TVP? Wszystkie źródła, jakie znalazłem w Internecie, wskazują na 1990. Zdobycie telewizyjnej ramówki z tamtych czasów graniczy z cudem, ale i tak udało mi się kilka odnaleźć w sieci. Podobno TVP kupiła 13 odcinków, co jak na tamte realia oznacza, że serial leciał około 3 miesięcy. Kiedy cofam się pamięcią albo niepamięcią wstecz, to widzę po pierwsze piątek, po drugie godzinę około 17, co potwierdzają inne źródła. "Widzę też ciemność..."  Czyli serial musiał być emitowany dość późną jesienią, po zachodzie słońca. Wydaje mi się, że traktowałem go jako odskocznię po dość trudnym tygodniu w szkole. Jeśli była to szkoła, to by oznaczało, że emitowano go przed 89, jeśli już studia, to po 1991... ale pamięć płata figle i często pamiętamy rzeczy, których nigdy nie było, na przykład wspaniałe czasy PRL.

Prócz tego pamiętam olśnienie. Trochę jak nędzarz wypuszczony z obozu koncentracyjnego, który nagle zobaczył chleb. We mnie głód SF palił się zawsze, podobnie do astronomii, astrofizyki, fizyki i elektroniki. I nagle na dość nowym telewizorze Rubin 202p, po którym nawet w internecie nie ma prawie śladu, mogłem obejrzeć film SF - co tydzień godzinny odcinek.

Jak już wspomniałem: komunistyczna TVP nawet w czasach Gierka puszczała nam takie filmy: Planeta Małp z całą pewnością jest filmem SF. Kosmos 1999 również, choć ciąży bardziej ku Fiction niż Science. Jednak Star Trek TNG to chyba jedyny serial, w którym ta proporcja jest odwrotna. Pewnie, że czasem bazuje na uproszczeniach i czasem pokazuje rzeczy, które scenarzyści nie do końca przemyśleli, jednak jestem przekonany, że umiałbym wykazać wątek naukowy w prawie każdym z odcinków. Trzeba po prostu umieć patrzeć.

Może podam przykład. W TNG spotkamy pazerną rasę Ferengi... na pewno dodają kolorytu, ale z naukowego punktu widzenia nie wnoszą zbyt wiele. Tak się na pierwszy rzut oka wydaje! Może moja interpretacja tego filmu nie jest słuszna, ale kiedy widzę Ferengi, to przychodzą mi na myśl realnie istniejące na ziemi nacje, których jedyną filozofią życiową jest "więcej kasy". Ktoś by mógł powiedzieć: tak, to jest karykatura, ale gdzie tu Science? Myślę, że Science jest w ukazaniu zderzenia tych wartości z wartościami przyszłego świata. To taki socjologiczny eksperyment myślowy. Taki eksperyment to też jest Nauka.

Osobiście najbardziej lubię twarde SF... kosmiczne, ale przyziemne, SF, gdzie nie ma teleportacji ani napędu Warp. Niedoścignionym ideałem są dla mnie książki Lema, a ulubionym bohaterem Pirx, który lata zwykłymi rakietami spędzając długie miesiące w samotności. Kocham ten pionierski kosmos.

W TNG już w pierwszym odcinku poznamy wszechmogącego Q, co dla mnie jest sprzecznością samą w sobie. Nawet nie chodzi o słynny dylemat: czy Bóg może wszystko? Czy może te umrzeć? Bardziej mi chodzi o to, że gdzie jest jeden wszechmogący Q i drugi wszechmogący Q, tam żaden z nich nie jest wszechmogący.... Z całą pewnością nie jest to twarde SF, ale... ten na pozór nieprzemyślany bohater jest pretekstem do stawiania sobie właśnie takich pytań. Sąd nad ludzkością to również wspaniała okazja do analizy społeczeństwa przyszłości. Wydaje się, że to tylko cyrk, ale wcale tak nie jest.

TNG olśnił mnie właśnie mnogością pytań, jakie stawiał... tego nie zrobił żaden serial ani przed ani po.

Moje pierwsze spotkanie było więc również w pewnym sensie spotkaniem ostatnim.

Byłem oczarowany...

W zasadzie tylko o tym chciałem napisać. TNG jest jednak także trucizną, jeśli przyjrzeć się sprawie wnikliwie, ale to już materiał na inny raz.

 

Więc innym razem.

Podkategorie